luzik

W temacie przygotowań przedświątecznych, to leżymy – w sensie ścisłym. Znaczy: Żoncię boli gardełko i a ja odpoczywam po wojażach, więc w niedzielę postanowiliśmy nie ścielić, tylko się wylegiwać. Rosół zrobił się sam, pieczeń w sumie też… a my oglądaliśmy seriale na netfliksie serwując sobie grzańca galicyjskiego. W wylegiwaniu towarzyszyła nam Sasunia, która w związku z zaistniałą sytuacją była cała szczęśliwa:

samymi świętami zaczniemy się martwić w okolicach czwartku… no, może piątku – albo nawet w sobotę?  I tak nic się wcześniej nie upiecze ani nie usmaży, więc po co się przejmować na zapas? (no chyba, że pierniki, ale my mamy taki przepis „na ostatnią chwilę”, więc luzik…)

jedyne co, to spieramy się o „christmas songs” – bo Żoncia chce, by w tle naszych domowych bezczynności leciały różne takie świąteczne melodie, a ja jednak („starej daty” – jak mnie określają koledzy z pracy) – mimo wszystko – że święta to się zaczynają  dopiero przy Wigilii – i że dopiero wtedy kolędy i różne takie…

Tradycja jednak w naszym liberalnym domu jest bardzo wybiórcza, poza tym żyjemy w świecie, w którym tradycje się mieszają a wedle najnowszych trendów Boże Narodzenie rozpoczyna się zaraz po Wszystkich Świętych, więc luzik… niech se leci ten Christmas… ale z umiarem. Zwłaszcza, że w internetach można znaleźć takie perełki:

w temacie perełek to dzisiaj perełką number one było wykonanie  Perfect Eda Sheerana w duecie z Andrea Boccellim. To najpiękniejsze połączenie starego z nowym jakie dane mi było widzieć w ostatnich latach.  Wylegując się wrzuciliśmy ten teledysk na duży ekran  i obejrzeliśmy kilkunastokrotnie:

a poza tym wszystko w porządku. 🙂

—————-

cytat na dziś –  wynotowane, nie zapisałem źródła:

uczniowie przyszli do cadyka i pytali o sekret jego mądrości, on odpowiedział: „To proste. Jak siedzę, to siedzę, jak stoję, to stoję, a jak idę to idę”. Na to uczniowie: „Ale nauczycielu, przecież my robimy to samo co ty!” A on: „Nie. Wy jak siedzicie, to już stoicie, a jak stoicie, to już idziecie.”

a widzicie

ten księżyc z Wenus i Jowiszem?

śliczne…

* * *

wczoraj bylimy z Miśkiem na Annie Marii Jopek i koncercie „portugalskim” Sobromesa. Lubię ją pomimo tego, że jest chłodna i zdystansowana (wolę ciepłych i otwartych). Jazzowe środowisko złośliwie (zazdrośnie?) określa ją mianem „Anomalia Jopek„. Uwazam, że to świetna artystka.

Jeśli miałbym wymienić 3 największe atuty:

  1. potrafi malować dźwiękiem – tego nie da rady mądrze opisać, to trzeba usłyszeć
  2. posiada umiejętnośc wyczucia różnych kultur
  3. to, że potrafi po pierwsze dobierać sobie znakomite ekipy (wczoraj: Marek Napiórkowski i Henryk Miskiewicz – z najbardziej znanych, do tego znakomity basista i wokalista Yami, Marito Mores na perkusji oraz Krzysztof Herdzin – klawisze). Pani Anno Mario – szacunek wielki i dzięki za wspaniały koncert…

 

(cholera – kolana bolały jak zęby…u nas na prowincji nie ma jeszcze w domach kultury przestronnych miejsc do siedzenia, są takie co pamiętają socjalizm – człowiek się kuli jak piczka i nie ma jak nóg wyciągnąć… ale standing ovation rozwiązało problem + ostatnia „tańcząca” część koncertu)

* * *

Jacula po sportowych wojażach wrócił po cześci bardzo zadowolony a po części bardzo niezadowolony. Jak to? Ano na pływaniu się biedactwu żołądek rozstroił z przejęcia (ma to po tacie) i wynik nie był taki, jakiego się spodziewaliśmy, a nawet dużo słabszy od jaculowej normy…. Ale za to na bieganiu Jacula „zgrzał” (jak to się mówi w slangu) ubiegłorocznego mistrza Polski, co było nie lada sensacją , zważając na to, że Jacula był jedynym szesnastolatkiem w ekipie, a rywalizował głównie z dziewiętnastolatkami… W bieganiu był trzeci (zaznaczam: wśród najlepszych w Polsce do 19 lat) Do kadry narodowej się nie dostał przez to nieszczęsne pływanie (wystarczyło popłynąć w jego normie i bez przejęcia) ale przyjął to z pokorą… ot: nauczka i doświadczenie, a wszystko przed nim. Za to liznął nieco olimpijskich klimatów. I przyjechał ze „sportową złością” („ja im jeszcze pokażę!”) co dobrze rokuje na przyszłośc 🙂