wir

Ja już, proszę Państwa, w wirze. W wirze pracy… Mam w zasadzie dużo do napisania o tym co zaszło, co nie zaszło i może nie, żeby chronologicznie, ale to co najważniejsze. Płyń więc strumieniu myśli i piszmy, póki mamy chwilkę przy niedzieli: Wir zaczął mnie wciągać już w okolicach Słowacji, kiedy to zadzwonił Najnowszy Szef i głosem bardzo proszącym zapytał czy już jestem w Polsce bo zaistniała okoliczność i konieczność, i że trzeba jechać do Rewala a naprawdę nie ma komu, bo wszyscy są gdzie indziej. Też byłem gdzie indziej. Powiedziałem jednak – zgodnie z przewidywaniem – że będę o siedemnastej i już o dziewiętnastej siedziałem w ciężarówce i leciałem z Miśkiem – którego zaprzęgłem naprędce do ekipy-  nad morze. A właśnie czytam „Międzymorze” Szczerka – miałem więc międzymorze w praktyce – w 24 godziny zawędrowałem od Adriatyku do Bałtyku, mijając większość krajów o których pisze w książce: Chorwację , Słowenię, Węgry, Słowację i Czechy. Na Rewal kierował Misiek, bo ja musiałem nieco odespać –  podróż mieliśmy z przygodami – auto nam odmawiało posłuszeństwa i się grzało na górkach (a przymnę, że byliśmy w okolicach najwyższego w Chorwacji górskiego pasma Velebit), każdą górkę braliśmy więc na dwa razy, co znacząco wydłużyło powrót. Nie piszę już o pękniętej gumeczce od układu chłodzenia na samym początku podróży, na którą straciliśmy dużo czasu i pieniędzy a najwięcej nerwów… W każdym razie, jakby przygód nie było dość – gdy już Misiek kierował do tego Rewala, a ja spałem – to roz…ł (wypełnić wedle upodobań) lusterko, nieobyty z gabarytem samochodu. Ale nic to –  nowe lusterko już przyszło, tylko zbite i pan ze sklepu powiedział że przeprasza. Kolejne dojdzie w środę – byle było całe. Mniejsza o lusterko. Miejsza o przygody. Odkreślmy grubą kreską. Potem już poleciało i wir mnie wciąga coraz bardziej. Z ciekawostek odnotujmy, że akurat, gdy byliśmy ostatnio w Warszawie odbywał się mecz otwarcia Mistrzostw Europy w siatkówce, a że bilety jeszcze były miałem przyjemność bycia na Narodowym na ceremonii otwarcia i meczu z Serbami. Fajnie było – mimo, że nasi grali kiepsko. Atmosfera niesamowita, a Narodowy wypełniony po brzegi (62 tysiące pod jednym dachem  to robi wrażenie!).

Doping był do ostatniego przegranego punktu, a pod sufitem latały nietoperze. Martwiłem się o te nietoperze, jak one znoszą ten hałas, skoro one słyszą nawet ultradźwięki ? Żeby przypadkiem nie pospadały – biedactwa – z tego wszystkiego. Wszak nie spały już bardzo wcześnie, chociaż przecież wczesnym wieczorem jeszcze powinny spać. Niemniej widok był z lekka surrealistyczny. A dzisiaj ja też mało spałem, bo do czwartej rano grilowałem na evencie dla kilkuset kamieniarzy. Ciężko było, zwłaszcza przez pierwsze godziny, bo kamieniarze zanim się dobrze napiją, to muszą się dobrze najeść- potem już jest luzik… I tak to leci – po Chorwacji zostały wspomnienia,  a nawet – powiem szczerze – wspominać nie bardzo jest kiedy. Wspomnijmy jednak chyba najbardziej odjechany hotel, w jakim spaliśmy w życiu (zatrzymaliśmy się w połowie drogi) –  hotel Galeria w Bratysławie – artystyczny pod każdym względem – na każdym kroku sztuka, kolory, formy… od ścian i okien, przez pokoje, korytarze, drzwi od szafy czy wc – Towarzystwo w hotelu też artystyczne, więc miło nam się przebywało -szkoda , że tak krótko:

Dobra wiadomość z ostatniej chwili jest taka, że Jacula wygrał Silesiaman Triathlon w Katowicach na dystansie 1/4 Ironman, a Kaja wygrała na dystansie 1/2 Ironman. Ha!

10 uwag do wpisu “wir

    • noo – Kaja wygrała slota na Mistrzostwa Świata w RPA, więc będzie się działo na stronie!
      Fejsbuczanów i Fejsbuczanki zapraszam do polubienia „Krakowska Triathlonistka” ! 🙂

      Polubienie

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *