będąc nieco chudszym

No tak. Znów koniec miesiąca a notki nie ma , więc chybcikiem, siedząc w hoteliku w Sokołowie Podlaskim napiszę, że w życiu tak ciężko nie pracowałem, jak w maju i w drugiej połowie w kwietnia. W domu byłem raptem kilka dni, a poza domem byłem praktycznie wszędzie. O, na przykład dzisiaj – niby święto, a ja o drugiej w nocy zjechałem z Lublina na Dolny Śląsk, by po południu się przepakować i zjechać na noc na Podlasie, jutro robota tutaj, zaraz potem Warszawa itp itd…. Materiał już trochę przegrzany, ale jeszcze daje radę.

Na to wszystko nałożył się temat diety – sześć tygodni , Proszę Państwa, spędziłem wcinając same warzywa (bez strączkowych) a z owoców tylko jabłka i grejpfruty- czyli , że dieta Dąbrowskiej. Dowiedziałem się o niej od Ślązaków będąc u Frienda na pięćdziesiątce (u nich ta dieta jest modna – wbrew pozorom). Wracając podjęliśmy z Żoncią decyzję, że spróbujemy i udało się. Jest mnie teraz całe dziewiętnaście kilo mniej, a i Żoncia jest dużo mniejsza. Ha! A na dowód fotografia : waga z pierwszego i ostatniego dnia diety:

quicksquare_201852210191051.jpg

Tak to leciało. Jeżeli zaś chodzi o dietę (dieta Dąbrowskiej, zwana również „postem Daniela”) – nie wierzę w bajdurzenie o „oczyszczaniu organizmu” – organizm oczyszcza się sam i ma do tego na przykład nerki czy wątrobę. Natomiast tak zwane samoodżywianie i spalanie tłuszczu działa! Jak biedactwo nie dostanie tego co zawsze – i na samych warzywkach tylko kilkaset kalorii dziennie – to sobie czerpie z tego, co odłożył – ot i cały sekret chudnięcia. Ze swej strony polecam – zwłaszcza tym z nadwagą. Trzeba swoje przecierpieć, ale u mnie poszło gładko, u Żonci również. Póki co trzymam wagę i jest mi bardzo dobrze. Czuję się zdrowszy, chudszy, a nawet młodszy! Howgh! 🙂

poza tym wszystko dobrze: słoneczko świeci, pisiorom spada a niedługo jedziemy nad morze na cale cztery dni :   )

 

 

 

 

Reklamy

migawki

Chwilami życie bywa znośne (jak pisała pani Wisława) i robi mi miłe niespodzianki. W tym tygodniu pracowałem jeden dzień w Przemyślu, a nieopodal znajduje się Krasiczyn – z przepięknym renesansowym zamkiem. Mają w tym zamku również hotel , więc tam wzięliśmy nocleg.

Dojechaliśmy wczesnym wieczorem, zachodziło słońce, po niebie wolno sunęły chmury a zamek przywitał nas klimatem iście zamkowym. Tak, jakby sam chciał się sobą pochwalić. I dech mi zaparło po raz pierwszy:

Nie wiem dlaczego tak mało słyszałem o Krasiczynie? Może to, że mieszkam na drugim końcu Polski jest jakąś przyczyną. Potężny, renesansowy czworoboczny zamek, zachowany w świetnym stanie, dawna siedziba rodu Krasickich, z przepięknym ogrodem. Po tym ogrodzie spacerowałem sobie samotnie do późnego wieczora i tu dech mi zaparło po raz drugi:

Tak piękne, że kiczem trąci – ze starymi , rzadkimi drzewami, z dębami rodowymi, z wielkim stawem, w którym pływają ogromne ryby i dzikie ptactwo, z mnóstwem uroczych zakątków. Chodziłem i nie mogłem się napatrzyć i nasłuchać (ptaki… setki śpiewających ptaków). Potem usiadłem w jednym z zakątków i czytałem książkę do zmroku. Było zjawiskowo.

Niestety nie zwiedziłem wnętrza zamku ani renesansowej kaplicy porównywanej z Zygmuntowską na Wawelu, ale muszą tu wrócić, bo dawno żadne miejsce nie wywarło na mnie tak wielkiego wrażenia. Z Żoncią… zwłaszcza, że mają tu w ofercie „romantyczny weekend we dwoje”. 🙂

 

 

być jak Jacek Kuroń

No i jeżdżę po Polsce wzdłuż i wszerz –  dopiero wróciłem z Warszawy i Lublina, w niedzielę chwilę w domu, wczoraj Kamień Pomorski, dziś Kutno, jutro Rzeszów, pojutrze Przemyśl itd. ,  aż do niedzieli. Ma to jeżdżenie zady i walety. Najtrudniejsze jest to , że poza domem trzeba sobie robić jakąś namiastkę domu, żeby życie wyglądało w miarę normalnie . Chodzi o jakąś stałość w tej zmienności: zwyczaje, rytuały codzienne, czytanie książek, kontakty z rodziną i znajomymi, oglądanie ulubionych programów. Uczę się tego. O, choćby dzisiaj: pierwszy raz piszę notkę w hotelu, jeszcze przed pracą 🙂

a o czym to ja chciałem: otóż najfajniejsze w tej pracy jest to, że ludzie mnie kochają, wszak robię „w degustacjach” i rozdaję za darmo. I w związku z powyższym dostaję tygodniowo olbrzymią dawkę wdzięczności i życzliwości. Różnie ludzie określają tę robotę: w zeszłym tygodniu byłem „hotdogarzem”  („fajnie jest być hotdogarzem?” – spytała kiedyś pewna mała dziewczynka), w tym tygodniu „grillownikiem”.

I gdy ludzie dostają promocyjne kiełbaski, to różnie reagują. Już parę razy ludzie w kolejce żartowali, że jestem „jak rząd PiSu”. Wtedy czemuś nie podejmuję żartu.

Ale ostatnio jeden pan wykrzyknął dostając zgrillowaną kiełbaskę: „Panie! Pan jesteś jak Jacek Kuroń!”. O , jak mi się miło zrobiło! – choć wiadomo, że czasy inne i inne cele działania.  A Jacka Kuronia bardzo cenię i żałuję, że dziś nie ma polityków tego formatu. Więc powiedziałem , że cieszę się, że ktoś jeszcze o nim pamięta. „My też pamiętamy!” – powiedziało kilka osób z kolejki. I tak się zrobiło sympatycznie.

„A kto to taki ten Kuroń?” – zapytał później młody kolega ze stoiska. Ech…

fot.Piotr Wójcik\Agencja Gazeta