środa 20 lutego

Miało być o polskim antysemityzmie , ale przyznam rację Żonci i polegnę na samym wstępie. Żoncia bowiem twierdzi, że temat jest poważny i na taki tekst potrzebuję minimum trzech dni (a ona mnie zna jak nikt inny), więc za późno się do tematu zabrałem, żeby się z nim zmierzyć w niniejszym środowym odcinku. Na dodatek siedzę w Olsztynie w hoteliku nad jeziorem, w domu zostały moje kajeciki, a w pięknych okolicznościach przyrody trudno się mierzyć z ciężkimi tematami.

Poruszymy więc temat w innym czasie a może nawet w innym miejscu. Niemniej wszystkim , którzy chcieliby zgłębić temat i skonfrontować obowiązującą politykę historyczną z prawdą obiektywną bardzo polecam lekturę biografii Ireny Sendlerowej autorstwa Anny Bikont Sendlerowa. W ukryciu. Czytałem z czerwonymi uszami – większość tego, co słyszeliśmy o Sendlerowej w oficjalnych przekazach po przeczytaniu tej książki należy włożyć między bajki. Biografia dostarcza też dużej wiedzy o zachowaniu Polaków w czasie wojny. Lektura obowiązkowa dla każdego, kogo interesują relacje polsko-żydowskie. Warto – zwłaszcza, że temat gorący. No ale dobrze. Sam – choć poglądy mam wyraziste – temat poruszę , gdy tylko skończę czytać kolejne ważne lektury.

Tymczasem w temacie „prawdy obiektywnej” – nie wiadomo czy istnieje, ale jest wielu takich, którzy ją gonią. Niektórzy nawet twierdzą, że mają do niej coraz bliżej… Nie mówię już o tych , którzy twierdzą, że z całą pewnością ją znaleźli, na dodatek twierdzą, że nie ma innej – od takich czemuś czem prędzej uciekamy, zwłaszcza, że każdy jest z „innej parafii”, któremu więc uwierzyć?.

pozostańmy przy stwierdzeniu, że każdy ma swoją prawdę, niekoniecznie obiektywną – a króliczka trzeba gonić z tą świadomością, że on się raczej nie da złapać… my zaś z Żoncią – nie dalej jak w ostatnią niedzielę – odkryliśmy prawdę, że aby zobaczyć piękny zachód słońca nie trzeba jechać aż nad morze… ;P

Reklamy

środa 13 lutego 2019

Idźcie na Green Book, póki grają w kinach. Ludzkość potrzebuje takich filmów jak kania dżdżu, zwłaszcza w tak zwanych dzisiejszych czasach, w których świetnie nauczyliśmy się budować mury, a zapomnieliśmy jak się buduje mosty.  Ech… filmów jak filmów – ludzkość bardziej potrzebuje tego, co w tym filmie jakoś wybrzmiewa.

Reżyser zastosował starą filmową kalkę – znaną choćby z Nietykalnych czy z Choć goni nas czas – oto ludzie, których nic nie łączy, a raczej wszystko dzieli, stają się – po pierwsze – sobie potrzebni, po drugie – sobie bliscy, a nawet bardzo bliscy. Bo film jest o przyjaźni – wykidajły ze słynnego amerykańskiego klubu, „twardo ciosanego” białego rasisty włoskiego pochodzenia i wysublimowanego czarnoskórego muzyka, artysty znającego wiele języków i posiadającego kilka doktoratów. Obaj ruszają w podróż – trasę koncertową na prawicowe i rasistowskie amerykańskie południe, a rzecz dzieje się w trudnych latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy na amerykańskim południu obowiązuje jeszcze segregacja rasowa…. Podczas tej podróży wiele się dzieje, ale największą rzeczą jest to, że bohaterowie filmu poznają siebie nawzajem, przezwyciężają wzajemne uprzedzenia, dokonuje się jakaś wewnętrzna przemiana i rodzi się ich wielka przyjaźń.

Bardzo dobry film dostarczający prostych wzruszeń, głębokich przemyśleń i ostatecznie dający nadzieję. Tę nieco naiwną nadzieję na to, że świat może być lepszy – mamy wiec do czynienia z kinem „ku pokrzepieniu serc”, bo świat jaki jest każdy widzi. Pięć oskarowych nominacji nie dziwi – będę trzymał kciuki, by nagrody spłynęły.

Można? Można! – trzeba powiedzieć patrząc na historię bohaterów filmu, zwłaszcza , że wydarzyła się naprawdę, a Tony Lip, Don Shirley przyjaźnili się do końca życia- czyli ponad 50 lat, a zmarli w odstępie trzech miesięcy w pierwszej połowie 2013 roku.

Przezwyciężanie stereotypów, uprzedzeń i wzajemnych animozji jest trudne, bardzo trudne, ale – do cholery – możliwe! Wszyscy w Polsce powinniśmy ten film obejrzeć, a potem wyruszyć w drogę…

i niech nam dziś zagra nie kto inny jak Don Shirley:

 

 

 

 

środa 6 lutego 2019

Pogłoski o śmierci blogosfery wydają się być mocno przesadzone. Poza blogami które popadają w stan uśpienia, wciąż powstają nowe a istnieją takie, które mają się znakomicie a ich właściciele publikują regularnie treści i mają swoich czytelników  – czy to garstkę, czy dziesiątki tysięcy. Taka Mama Ginekolog zebrała od swoich czytelników ponad milion złotych na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. MILION! Czemuś nie zaglądam na bloga Mamy Ginekolog, ale rzecz się zadziała w blogosferze! Miesiąc temu! – świadczy to o żywotności , czyż nie? Przykłady takiej żywotności można by mnożyć, chociaż przecież nie o akcje chodzi w blogowaniu. Myślę, że każdemu blogerowi chodzi o coś innego, ma inne motywy i cele (to temat na ciekawą analizę: „o co ci chodzi blogerze?”).  I dobrze! – blogosfera jest tak różnorodna i – nie bójmy się tego powiedzieć – piękna!

I tu postawmy pytanie zasadnicze :  d u d i ,  a l e   o   c o    c i   c h o d z i  ? ?*

***

Skoro wyszliśmy już poza czas, w którym wyznaczone cele mogłyby się mieścić w kategorii „postanowień noworocznych” (te zazwyczaj spalają na panewce), spokojnie możemy je wyznaczyć. Ostatnio pilnowałem by nie było miesiąca, w którym nie ukazałaby się notka, co dawało jakiś komfort i złudzenie żywotności. Ale tak być nie może, zróbmy jakiś kolejny krok, bo sytuacja jednej notki w miesiącu nie bardzo mi się podoba. Wyznaczmy więc cel –  zapiszmy, postawmy, niech se stoi (bo podobno cel, który jest zapisany i ogłoszony wszem i wobec, łatwiej jest zrealizować):

w każdą środę ukaże się notka.

Mniejsza o formę – tę się wypracuje, rzecz jest w regularności i nawykach, a te jak wiadomo wypracowuje się przy minimum półrocznej powtarzalności. Wyobrażam sobie, że mniej będzie rodzinnego kronikarstwa – ponieważ większość dzieci poszła z domu, zostaliśmy jeno z Zuzią, która ma taki okres w życiu, że najchętniej zamyka się w pokoju i tyle ją widzieli… Nasze życie jest raczej statyczne – na bloga się nie nadaje 😉 . O pracy też nie będzie, bo mimo tego, że jeżdżę po całej Polsce – jest bardzo monotonna i ogranicza się na dojeździe do miejsca pracy , wykonania swojej roboty i szybkim powrocie. Na jakiekolwiek zwiedzanie nie ma czasu – zwłaszcza, że moi koledzy z pracy pochodzą od bardzo innej małpy niż moja. Ich małpa nie była ciekawa świata. Nie będzie też o psie , bo ileż można pisać o najwierniejszym nawet towarzyszu (a raczej – w moim przypadku – towarzyszce)? O CZYM WIĘC?? – jeśli nie o domu, nie o pracy – o polityce by mi było łatwo, ale nie idźmy na łatwiznę – zwłaszcza, że leżącego się nie kopie. Pytanie pozostawmy otwarte i pozwólmy czasowi płynąć. Proces się rozpoczął. Czas na zmiany i porządki, wiosna idzie. Może o tym, co mi w duszy gra? – jakoś się bardziej – że tak napiszę – wywnętrzyć? Kto wie… mogłoby to być ciekawe.  Kupiłem sobie nawet książkę, która może być inspirująca :

***

Środa jest dobrym dniem… – zazwyczaj między czwartkiem a sobotą ciężko pracuję, w niedzielę leżę do góry brzuchem i dochodzę do siebie, w poniedziałek załatwiam pilne i ważne sprawy bieżące, we wtorek już można coś myśleć o pisaniu, w środę zaś – publikować. Czyż nie jest to wspaniały plan?  Tak więc wprowadzam w życie hasło:

środa – dzień bloga

Uznajmy więc – jeśli tu się w środę nic nie ukaże, to jest to mój blogowy grzech śmiertelny. Środowe notki oczywiście nie wykluczają takich, które ukażą się w innych dniach tygodnia.

* cytat na dziś – Juliusz Słowacki w : Beniowski.Poema

Chodzi mi o to, aby język giętki

Powiedział wszystko, co pomyśli głowa:

A czasem był jak piorun jasny, prędki,

A czasem smutny jako pieśń stepowa,

na koniec niech nam zaśpiewa Roo Panes: