niedziela 31 stycznia

Los zachował się jak stary benedyktyński mistrz nowicjatu, który na pewnym etapie – by wypróbować kandydata do zakonu – stosował tak zwane „zniechęcanie” – czyli umyślne stawianie przeszkód, piętrzenie trudności a nawet sprawianie przykrości. Jeśli delikwent przechodził przez przeszkody i dalej chciał być w zakonie – znaczy, że się nadawał.

Na moim styczniowym kółku – w trzecim miesiącu mojej pracy a zarazem ostatnim miesiącu tak zwanego okresu próbnego – wiele rzeczy poszło nie tak. Ot raz siadł agregat, kiedy wiozłem ważny ładunek ( a my wozimy towar w kontrolowanej temperaturze i gdy ta spadnie poza wyznaczoną, to jest grzech śmiertelny i klient może nie przyjąc towaru). Trochę nerwów i gorąca linia z „control tower”, i udało się dojechać do serwisu w Sofii mając jeszcze jeden stopień celsjusza w zapasie. Złapanie gumy na węgierskiej autostradzie w środku nocy też było nie lada przeżyciem, zwłaszcza, że w busie jeszcze w życiu gumy nie złapałem – w dodatku z ciężkim ładunkiem.

Przygody innej kategorii to przygody „graniczne” – poczynając od sytuacji , kiedy dzięki pomysłowości spedytora, który chciał przetestować nowe przejście graniczne między Rumunią a Serbią po jeździe przez jakieś betony, pola, lasy i drogi gruntowe znalazłem się o północy „w środku niczego” i od zdumionego pogranicznika siedzącego w budzie usłyszałem, że przejście graniczne dla transportu jest 70 km dalej. Tam z kolei – pierwszy raz w życiu – miałem do czynienia z perfidnym wymuszaniem łapówek – zarówno po jednej jak po drugiej stronie granicy. Innym razem utknąłem w „strefie niczyjej” – kiedy już wyjechałem z Serbii i jeszcze nie wiechałem na Węgry – i żadna agencja celna nie chciała przyjąć moich dokumentów. Ot po prostu odsuwali je od siebie , mówiąc stanowcze „No” – bez żadnych wyjaśnień. . To było doświadczenie wyczerpujące psychicznie – straciłem tam dużo nerwów i parę godzin – swoją drogą jak można do agencji celnej na granicy wstawiać ludzi mówiących niemal wyłącznie po węgiersku i coś tam dukających po niemiecku? Przez chwilę czułem się jak swego czasu ci biedni syryjscy uchodźcy – bo rzecz się działa w Roszke, a widziałem ich obozy kilka lat temu w tym samym miejscu – właśnie na „ziemi niczyjej” . Ostatecznie w jednym okienku na uboczu – nie wiem czy szóstym, czy siódmym z kolei – zostałem obsłużony, choć jeszcze czekała mnie kontrola celna i zrywanie plomb. Na sam koniec mojej przygody – przedłużyli mi zjazd do domu najpierw o jeden dzień, a potem – przez kolejki na szwedzkim cle – jeszcze o dwa. Last, but not least – zjeżdżając jako pierwszy z promu w Polsce mało nie wjechałem z rozpędu na prom do Szwecji 😉 . I takie to było kółko.

Ostatecznie jednak – jak to się dzisiaj mówi – dałem radę. A poza trudnościami było też dużo radości. Nowe miejsca (po raz pierwszy Szwajcaria, Szwecja i Rumunia) i ciekawe momenty – jak ten z zachodem słońca w Szwecji , w oczekiwaniu na prom do domu:

czy długi spacer nad malowniczym zamarzniętym szwedzkim jeziorem:

czy też przejazd przez – znany mi z kultowego serialu – most nad Sundem – między duńską Kopenhagą a szwedzkim Malmo:

Teraz już spoko, odpoczywam leżąc brzuchem do góry i z Sasuńką u boku. Rano pod Poznaniem zdałem państwowy egzamin z przewozu materiałów niebezpiecznych, spełniając tym samym ostatni warunek dalszego zatrudnienia. Chwilowo nic mnie nie obchodzi. I leżąc na poduszce w tygrysie wzorki robię to, „co tygrysy lubią najbardziej”: czy to oglądam filmy, czy czytam ksiązki (lub czasopisma), czy to słucham muzyki… A że już mamy wieczór – zaraz otworzę piwko i obejrzę fineł Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Pewnie znowu będzie rekord?

a dzisiaj niech nam zaśpiewa Andrzej Grabowski:


cytat na dziś: Nicolas Bouvier, w : Oswajanie świata, s.328:

„Tego dnia miałem nieodparte wrażenie, że udało mi się coś uchwycić i że odmieni to moje życie. Ale nic z tych rzeczy nie przyswaja się sobie raz na zawsze. Jak woda, świat przez ciebie przepływa i na jakiś czas użycza ci swoich kolorów. Potem się cofa i znów cię zostawia samego z tą pustką, którą nosisz w sobie, z czymś w rodzaju organicznej niewydolności duszy, z którą trzeba nauczyć się żyć, którą trzeba zwalczać, a która paradoksalnie stanowi być może naszą najsilniejszą sprężynę działania.”

czwartek 24 grudnia

Do domu zjechałem wczoraj- z Budapesztu jechałem całą noc, żeby jeszcze ten dzień przedświąteczny urwać. Byłem – chronologicznie w Niemczech, Słowenii , we Włoszech, w Danii, znowu we Włoszech, w Holandii i na Węgrzech. To było ciekawe kółko i pełne przygód , ale nie o przygodach dzisiaj, bo przygotowania świąteczne w pełni i dzieciaki zjechały.

Nie posłali mnie na tym kółku do Wielkiej Brytanii. Dzięki temu zjechałem na Świeta. Tego szczęścia nie miało tysiące kierowców zatrzymnych w Dover, również dwudziestu z mojej firmy. Myślami jestem dzisiaj z nimi. Bo w tej trudnej robocie czasami tym co człowieka „trzyma” jest myśl o powrocie do domu. A powrót na Święta, to już człowieka uskrzydla. Wiem więc co muszą czuć chłopaki uwięzieni na promowym terminalu. Bardzo im współczuję. Miejscowa Polonia pomaga jak może i serce rośnie patrząc na tą pomoc. Jednak Święta w oddaleniu od domu zawsze chyba jakoś bolą… Trzymajcie się, koledzy!

Taką choinkę sobie zrobili z tyczek zabezpieczających na jednym z busów (zdjęcie z grupy busiarze.pl):

Życzę Wszystkim pięknych i dobrych Świąt! I niech bedą przede wszystkim zdrowe.

niedziela 7 grudnia

Decyzją Zarządu w składzie Żoncia i ja – zostaję na tej zagranicy. Okazało się, że nie taki diabeł straszny ta robota. Na razie pojeżdżę w transporcie międzynarodowym – póki sił, póki chęci. Wróciłem z pierwszej trasy – że tak to określę: rozedrgany emocjonalnie. Bo emocji było co niemiara. I tych wynikających z przejęcia nową pracą oraz robieniem nowych rzeczy, i tych wynikających z odkrywania nowych miejsc, i tych związanych z rozłąką i oddaleniem od domu, i tych związanych z ukłądaniem sobie życia na nowo, w pewnym sensie „na obczyźnie” 😉

Zrobiłem w te trzy tygodnie 11 tysięcy kilometrów, odwiedziłem dziewięć krajów (Niemcy, Francja, Hiszpania, Portugalia, Belgia, Holandia, Wielka Brytania, Irlandia i Dania) . Wszystko czego się obawiałem jest już za mną – najbardziej obawiałem się promów i tych wszystkich procedur oraz jazdy w ruchu lewostronnym – prosiłem w firmie , żeby na pierwszym kółku mi tego oszczędzili, ale kto by tam słuchał próśb jednego, gdy się ma 350-ciu. „Wszystko wyjdzie w praniu” – jak mówili na szkoleniu. I wyszło – szczęśliwie w odwodzie był X-men, który udzielił mi drobiazgowych instrukcji – zwłaszcza w temacie promowych procedur. Teraz już pięć promów za mną i wszystko wiem, a lewą stroną przejechałem przez całą Anglię i Irlandię – w zasadzie bez większych wpadek. Tylko raz – o poranku, zaspany nieco – skręciłem na skrzyżowaniu „po polsku” ładując się naprzeciw jadącego taksówkarza. Zatrzymałem się, on też – zaczął się śmiać i popukał w głowę – pokazałem mu „sorry” i zjechałem uśmiechnięty na swój pas. Potem już się pilnowałem.

Na marginesie : oni są tam bardzo grzeczni i kulturalni na północy. Tylko Portugalczycy jeżdżą jak narwańcy.

Jeżeli chodzi o ludzi to jakoś najbardziej polubiłem Irlandczyków . Trochę przypominają mi Polaków sprzed epoki pisowskich rządów. Pozytywni, wyluzowani, pogodni. Najbardziej mnie zaskoczył ich dystans do siebie: iść do Tesco na przedmieściach Dublina w kapciach i szlafroczku? czemu nie? Podobało mi się to, że wciąż jeżdżą bryczkami, są bardzo społeczni i że kochają zwierzęta. Smutny był tylko widok tych wszystkich pozamykanych pubów i knajpek – widać było, że spotykanie się to dla nich istotna część życia.

Inne obrazki i ciekawostki:

  • okazało się, że przejechałem przez dwa najdłuższe europejskie mosty: Duński Storebæltsbroen – most nad Wielkim Bełtem 17 km i Portugalski Most Vasco da Gamy pod Lizboną – 12 km.
  • zadziwiła mnie ilość rowerzystów w Danii i to, że mają oni dla rowerów zupełnie odrębna i niezależną od samochodów infrastrukturę – miło było się temu przyglądać
  • w Irlandii : puste kościoły do których prawie nikt nie chodzi, parkingi przykościelne zarośnięte mchem, schody okupowane przez meneli – Irlandia dyskusję na temat skandali pedofilskich i obyczajowych wśród kleru przeszła dwadzieścia lat temu i dzisiejsze bankructwo tamtejszego KK jest widoczne gołym okiem
  • zieloność Irlandii – specjalnie jadąc z Dublina do Cork wybrałem boczne drogi, żeby zobaczyć trochę kraju – i oni tam rzeczywiście mają niemal same łąki, na których pasą owce i krowy. Prawie nie ma pół uprawnych! Daje to prawdziwy efekt jednej wielkiej zieloności.
  • architektura skandynawska – jaj prostota i funkcjonalność, i swoiste piękno – widoczna w Kopenhadze ale i na wioskach
  • otwartość Europejczyków (Portugalia, Holandia, Irlandia, Dania) wynikająca choćby z „niemania” zasłon czy firanek. Dla mnie to w jakimś sensie szok kulturowy – że można zajrzeć komuś do domu, zobaczyć jak żyje. W domyśle taka postawa może świadczyć o prostej uczciwości i przyzwoitości: „patrzcie: jesteśmy przejrzyści, nie mamy nic do ukrycia”. Małe , a cieszy.
  • pogoda ducha – my musimy być jacyś tacy poważni i pomarszczeni , rzadko można spotkac pogodnych i uśmiechniętych, tam proporcje są odwrotne (nawet u rzekomo „ponurych” Skandynawów). Nie ma co się od Europy odcinać, trzeba się od niej uczyć!
  • pierwsze razy: pierwszy raz byłem w Portugalii, Belgii, Wielkiej Brytanii, Irlandii, Belgii i Danii, pierwszy raz spałem w „kurniku” (przestrzeni noclegowej nad kabiną kierowcy), pierwszy raz jeździłem w ruchu lewostronnym i płynąłem wielkimi promami samochodowymi, pierwszy raz rozstałem się z Żoncią dłużej niż na tydzień

Wystarczy jak na jedną wycieczkę 😉

O tym jak organizuję sobie życie napiszę w którejś kolejnej notce, wszak we wtorek jadę na drugie kółko. A dziś jeszcze o jednym spotkaniu: ostatniego dnia mojej trzytygodniowej podróży, na promie z duńskiego Gedser do niemieckiego Rostocku, z głową pełną wrażeń ale również wątpliwości, spotkałem kolegę z firmy, który jeździ juz ponad dwa lata. Kolega był dyrektorem handlowym u dużego producenta wód mineralnych, ma swoje firmy, jest pasjonatem filmów, dobrej literatury, podróży i dobrej kuchni. „Słuchaj” – mówi – „ja w tej robocie odpoczywam„. „Robię to, co lubię i jeszcze mi za to płacą„. „Tak trzeba żyć !” – pomyślałem….

obrazki? proszę: widok z promu na prom, owieczki irlandzkie i najdłuższy most w Europie:

a niech nam dzisiaj zaśpiewa Wojciech Młynarski piosenkę bardzo adekwatną: