kronika lipcowa

Zgodnie z tradycją w ostatni dzień miesiąca usiłuję sklecić notkę, co przychodzi mi z niejakim trudem, bo – po pierwsze: zapomniałem okularów, po drugie: trochę się odzwyczaiłem.

W lipcu – jak zwykle- byłem wszędzie, a obecnie siedzę w kołobrzeskim pensjonacie, gdzie z wielkim trudem znalazłem nocleg (bo sezon, bo morze , bo słoneczko grzeje). Nocleg za grube pieniądze a nawet ręczników nie ma. Nie mówię już  o mydle czy szamponie. A „zestaw do parzenia kawy i herbaty” ogranicza się do plastikowego czajnika. A jakaś, kurde, szklanka? O kawie i herbacie już nie wspominam. No cóż bywa. Zwłaszcza nad polskim morzem.

Potrzebuje odpocząć. W lipcu obsłużyłem  kolejny festiwal disco polo. Po powrocie miałem potrzebę udania się do filharmonii, teatru czy nawet opery. Ale nie było kiedy, bo nawał pracy – potrzebę więc pozostawiam w pamięci. Ja jestem chłopak liberalny i tolerancyjny – ale każda tolerancja ma swoje granice. Sławomira czy Zenka Martyniuka da się jeszcze po dwóch piwach i mrugnięciu okiem posłuchać. Ale gdy słyszę, że przed ogromną publicznością  gość śpiewa tekst (zapamiętałem!) „dziś jest sobota; urodziny kota; narąbane dzieci; disco polo leci” – to wymiękam.

Dlatego czekam z utęsknieniem , kiedy będzie po dwudziestym sierpnia, i kiedy udamy się do ulubionej Chorwacji.

Ale o tym będzie inna notka. Ta jest o lipcu. W lipcu było gorąco. W blogosferze pewne rzeczy mnie ominęły łukiem tak szerokim, że zupełnie nie wiem osssochodzi… (może to i dobrze?) ale! blogosfero! ja tu jeszcze wrócę!!

W lipcu byliśmy też na weselu Jagódki. Było pięknie i trochę się pobawiliśmy. Dzięki temu weselu nie musiałem też obsługiwać innego festiwalu discopolo. Tym bardziej się cieszyłem i bawiłem.

W lipcu kąpałem się w jeziorze na Mazurach, nad którym kręcono „Dom nad rozlewiskiem” – o czym z dumą poinformowali mnie miejscowi. Dużo glonów, ale miejsce urocze!

W lipcu też częstowałem hot-dogami Tuv i dumnego Xmena, który to pomyka teraz po całej Europie, a ja akurat trafiłem w okienko i dane nam było się spotkać, i pogadać – na tyle , na ile pozwalała kolejka w sosnowieckim Carrefourze.

I co jeszcze w lipcu? to, że jak już jestem w domu, to szukam spokoju. Biorę wtedy Sasunię i jedziemy na łęgi odrzańskie albo na pusty tor motocrossowy, na którym cicho, że aż w uszach dzwoni… ja wyciągam czytnik i sobie czytam, a ona bryka – i wtedy jest dobrze…

cytatu na dziś nie będzie, bo kajecik został w domu… ale przy najbliższej okazji będą dwa ! howgh!

aaaa! i jeszcze…. ojeju! krowa~! ona się musi znaleźć w tej notce! obiecałem jej! Proszę Państwa, oto Szczęśliwa Krowa z Północnych Mazur:

Reklamy

kronika czerwcowa

To jakaś nowa tradycja, że w ostatnim dniu miesiąca tuż przed północą daję nową notkę. Na razie niech tak będzie. Minął czerwiec. Cóż napisać o czerwcu? Może nie piszmy o piłce nożnej i że się nie udało na Mistrzostwach Świata. Nie piszmy też o tym, że nie udało mi się dotrzeć na Watrowisko.  To, że „byłem wszędzie” w ramach swojej pracy (zwanej pieszczotliwie „robotą”) też zaczyna być nudne, więc może napiszmy o tym co dobre i co się udało…

a udało nam się wyrwać nad morze – do Niechorza. I powiem Wam – nad polskie morze tylko w czerwcu! A zwłaszcza w pierwszej połowie! Jest pięknie, cicho, spokojnie, tanio. Za sześcioosobowy apartament z dwoma sypialniami, living roomem, kuchnią, łazienka,  tarasem , klimazacją płaciłem stówkę za dzień. Słoneczko pięknie świeciło, miejsce ciche i spokojne – tego nam było trzeba. Zuzia już właściwie była po szkole, Żoncia wzięła urlop, a ja wskoczyłem w eventowe okienko – i spędziliśmy świetne cztery dni nad morzem. Było tak fajnie , że postanowiliśmy, że nad polskie morze będziemy urządzali właśnie takie czerwcowe wypady. Poniżej fotorelacja:

widok z klifu:

dziewczyny na spacerze:

my z Sasunią w pięknych okolicznościach:

cisza i spokój:

nikogo tutaj nie ma:

wieczorne medytacje o zachodzie :

odnotujmy też wizytę w motylarni i największego motyla świata (a raczej ćmę):

a tu motylki piją soczek:

i to by było na tyle 🙂

będąc nieco chudszym

No tak. Znów koniec miesiąca a notki nie ma , więc chybcikiem, siedząc w hoteliku w Sokołowie Podlaskim napiszę, że w życiu tak ciężko nie pracowałem, jak w maju i w drugiej połowie w kwietnia. W domu byłem raptem kilka dni, a poza domem byłem praktycznie wszędzie. O, na przykład dzisiaj – niby święto, a ja o drugiej w nocy zjechałem z Lublina na Dolny Śląsk, by po południu się przepakować i zjechać na noc na Podlasie, jutro robota tutaj, zaraz potem Warszawa itp itd…. Materiał już trochę przegrzany, ale jeszcze daje radę.

Na to wszystko nałożył się temat diety – sześć tygodni , Proszę Państwa, spędziłem wcinając same warzywa (bez strączkowych) a z owoców tylko jabłka i grejpfruty- czyli , że dieta Dąbrowskiej. Dowiedziałem się o niej od Ślązaków będąc u Frienda na pięćdziesiątce (u nich ta dieta jest modna – wbrew pozorom). Wracając podjęliśmy z Żoncią decyzję, że spróbujemy i udało się. Jest mnie teraz całe dziewiętnaście kilo mniej, a i Żoncia jest dużo mniejsza. Ha! A na dowód fotografia : waga z pierwszego i ostatniego dnia diety:

quicksquare_201852210191051.jpg

Tak to leciało. Jeżeli zaś chodzi o dietę (dieta Dąbrowskiej, zwana również „postem Daniela”) – nie wierzę w bajdurzenie o „oczyszczaniu organizmu” – organizm oczyszcza się sam i ma do tego na przykład nerki czy wątrobę. Natomiast tak zwane samoodżywianie i spalanie tłuszczu działa! Jak biedactwo nie dostanie tego co zawsze – i na samych warzywkach tylko kilkaset kalorii dziennie – to sobie czerpie z tego, co odłożył – ot i cały sekret chudnięcia. Ze swej strony polecam – zwłaszcza tym z nadwagą. Trzeba swoje przecierpieć, ale u mnie poszło gładko, u Żonci również. Póki co trzymam wagę i jest mi bardzo dobrze. Czuję się zdrowszy, chudszy, a nawet młodszy! Howgh! 🙂

poza tym wszystko dobrze: słoneczko świeci, pisiorom spada a niedługo jedziemy nad morze na cale cztery dni :   )