czwartek 10 października

Napiszę szczerze: siedzę i płaczę ze wzruszenia. Ogromnie się cieszę z tego Nobla dla Olgi Tokarczuk. Jej myślenie, jej patrzenie na świat, jej wrażliwość są mi bardzo bardzo bliskie. Kawał swojego dzieciństwa spędziłem w Nowej Rudzie, więc klimaty niektórych jej książek tym bardziej czuję i rozumiem.  Cieszy mnie to wskazanie Komitetu Noblowskiego na panią Olgę jako światełko dla współczesnego śwata. I dla współczesnej Polski – dodajmy.

Dziś tak krótko, bo za chwilę wyjeżdżam na Podlasie. Do torby wrzucam Księgi Jakubowe, które otrzymałem kiedyś od Watry, a których jeszcze nie zdążyłem przeczytać. Teraz jednak wszystko inne odkładam na bok.

Zanim jednak , sięgnę do kajecika po jakieś cytaty na dziś – oczywiście Olga Tokarczuk, która w 2016 roku w okolicznościowej Gazecie Pisarzy tak pisała o literaturze:

Jedną z najlepszych dróg współodczuwania jest literatura. To wyrafinowana, niezwykle subtelna forma komunikacji międzyludzkiej, według mnie – najdoskonalsza. Cudowny wynalazek człowieka pozwalający mu przynajmniej  na chwilę przestać być sobą i wyprawić się w wielką podróż na inny kontynent, do „ja” innego człowieka. Spojrzeć na świat jego oczami, rozgościć się w cudzum świecie i na czas czytania stać się błędnym rycerzem z wadą wzroku, nadwrażliwym księciem rozmyślającym nad zagadką śmierci, znudzoną żoną prowincjonalnego doktora czy zakochanym kupcem krążącym po brudnym Powiślu. Można dyskutować w czasie uczty o rodzajach miłości i dziwić się okrucieństwu kwietnia.

Dzięki literaturze potrafimy stworzyć wielką wspólnotę opowieści, w których każdy będzie mógł rozpoznać siebie w innym człowieku. Bez względu na język i kulturę, religię i narodowość. Dlatego w literaturze jest dla nas nadzieja – ci, którzy w niej uczestniczą, istnieją niejako po wielekroć, widzą więcej i szerzej. Lepiej rozumieją, że nie da się zmieścić świata w jednej formułce ani postawić mu jednej tylko diagnozy, podobnie jak nie można mu przepisać jednego uniwersalnego leku. Składa się nań bowiem mnogość punktów widzenia, które należy cierpliwie uzgadniać.

(…) Literatura ma tylko nieustannie przypominać, że ludzie są sobie bliżsi i bardziej do siebie podobni, niż chcą to przyznać niektórzy piewcy lęku.

foto Onet

poniedziałek 30 września

Jutro o świcie znowu jedziemy na grzyby. To będzie czwarte podejście w tym roku, zapewne drugie udane. Bo przecież dopiero ostatnio u nas popadało na tyle, by grzyby zechciały wyrosnąć.  Ale nawet tych nieudanych podejść nie spisuję na straty, bo ja przecież kocham las.  Z każdym razem gdy jestem w lesie mam wrażenie, że biorę udział w swoistym spektaklu – chłonę więc obrazy, dźwięki, zapachy, wpatruję się w zieloność i  przebywając w tym innym, leśnym świecie uspokajam się, wyciszam,  nabieram sił.

Spieszmy sie kochać lasy!

cytat na dziś – Marek Bieńczyk w: Kontener, s. 233

„Tego wieczoru siedział na podwórzu, słońce zachodziło najlepiej jak umiało, kolory zdawały się być wypożyczone z przeszłości, z dawnych obrazów albo westernów, gdy bydło już zasypia i słychać harmonijkę.”

 

 

 

poniedziałek 12 sierpnia

Sasuńka zafundowała nam w ubiegłym tygodniu emocjonalny rollercoaster. Otatecznie jedziemy na wakacje sami nie wiedząc, czy dobrze robimy? Ale od początku:

Zaczęło się w niedzielę. Pojechaliśmy na kawę, na działkę do naszej przyjaciółki Basi. Po wyjściu z samochodu już zauważyłem coś dziwnego, ale w pierwszej chwili myślałem, że mi się tylko wydaje. Gdy wracaliśmy okazało sie, że pieśka kuleje na tylną nogę, popiskując przy tym.

W poniedziałek popedziłem do przychodni weterynaryjnej. Dziewczyny stwierdziły , że kuleje, dały zastrzyk przeciwbólowy i umówiły mnie na środę na prześwietlenie i konsultacje u fachowca od ortopedii.

We wtorek zawiozłem Sasuńkę w jedno z jej ulubionych miejsc i wyglądało, że ma się ku lepszemu, widac zastrzyk zdziałał. Ale zwierzę dalej kulało.

W środę jadę na prześwietlenie i konsultację. Pieśka dostaje „głupiego jasia” i jest nieprzytomna. wstępna diagnoza więzadła w prawej tylnej nodze sa urwane (naderwane?) pewność dałby rezonans, ale kuracja kwasem heliuronowym pomaga – więc decyduję sie na wstrzyknięcie. Po południu muszę wyjechac do pracy – na Hel. Sasunia po głupim jasiu śpi. WIeczorem już w ogóle nie chodzi. Mało tego: nie wypróżnia się.

W czwartek sytuacja bez mian: nie chodi i nie wypróżnia się. Sytuacja zaczyna wygladac bardzo poważnie. W nocy pieśka nieśpi tylko jojczy. Żncia też ma noc nieprzespaną. Rano krew na pościeli. Żoncia jedzie do przychodni. Dziewczyny  ściągają krwisty mocz z przepełnionego pęcherza. Sasuńkę trzeba cewnilkować – bo nie sika, narządy wewnętrzne wysiadają, nogi schodzą na drugi plan. To już jest walka o życie. Lekarka mówi, że nasza Chorwacja nie wchodzi w grę. Prawdopodobnie wypadł dysk w kręgosłupie i konieczna jest operacja – bardzo droga. Ale to może wykazać tylko rezonans. Ja jestem w Kamieniu Pomorskim, siedzę na telefonie pół dnia – rezonans najszybciej udaje się załatwić za dwa tygodnie. Ogarnia mnie uczucie beznadziei.  Czarne myśli. Zaczynam się bać, że już Sasuńki żywej nie zobaczę, płaczę cały dzień w drugim końcu Polski.

W międzyczasie dociera do nas informacja o lekarzu pod wrocławiem, takim doktorze Judymie od zwierząt, który wyprowadza niechodzące pieski na prostą. Czytam komentarze –  wiele opisuje podobny stan, w jakim znajduje się Sasunia – i że zwierzątka wyszły na prostą. Bez operacji i farmakologii. Lekarz każe szybko przyjeżdżać -w sobotę.

W sobotę rano zdarza się cud – Żonia z Zuzią znoszą ją na spacerek i Sasuńka chodzi! – powłócząc nogami, trochę jak foka, ale chodzi! Mało tego :wypróżnia się. Dziewczyny przysyłają mi filmik, wszyscy płaczemy – tymrazem ze szczęścia. Jadą do tego lekarza (ja jestem w Krynicy Morskiej). Ten wszystko wymacał palcami. Problem jest w kręgoslupie szyjnym. Coś gdzieś musiala źle skoczyć. Powykręcał ją na wszystkie strony i kazał przez trzy tygodnie się nie ruszać. Tylko sikanie i żadnych dłuższych spacerów. I podobno wyjdzie na prostą. Nadzieja wróciła/

Urlopu nie można odwołac więc jedziemy trochę z duszą na ramieniu – ale w sumie dlaczego nie?. Będziemy się sosować do zaleceń, siedzieć na tarasie i się smerać. Sasuńka dobrzeje, ma apetyt. Nosze ją w torbie na minispacerki. Na domiar złego windę nam remontują więc te 12 kochane kilo po pieć pięter targamy po trzy razy dziennie. Wszyscy sąsiedzi, przyjaciele , znajomi, rodzina kibicują Sasuni. Wy też kibicujcie.

Mam nadzieję, że będzie dobrze. Najważniejsze żeby żyła. Ja tam ją moge nosić.

Na zdjęciu – pieśka w torbie, na poduszce, gotowa do „wyjścia”:

Na pocieszenie Jacula zaliczył niesamowity start na Ironman Gdynia. Był drugim z Polaków i zrobił życiówkę, potwierdził swoją mocną pozycję w krajowej czołówce triathlonowej. Cieszymy się niezmiernie i jesteśmy dumni! 🙂