Łysica niespodziana

Siedzę w Kielcach z Katarkiem. Katarek to taki kolega z pracy, a u nas każdy ma ksywę, za wyjątkiem Kolegi Kierownika, o którym mówimy po nazwisku. Na mnie mówią Mario. Może być. Katarek zasłynął tym, że w pierwszy dzień swojej pracy ( a było to na jednym z festiwali) wciągnął coś nosem i dostało biedactwo ostrego katarku . I tak już zostało.

Siedząc w Kielcach na tak zwanym postoju pomyślałem, że może by się wybrać w Góry Świętokrzyskie? Zapakowałem Katarka do busa i ruszyliśmy zdobywać Najwyższy Szczyt (611,8 m n.pm.) Udało nam się to zrobić w niecałą godzinę i byliśmy z siebie bardzo zadowoleni, że wolnego czasu nie przebimbaliśmy w hotelu. Zwłaszcza , że pogoda dziś zjawiskowa i październik taki złoty…

Katarek połknął turystycznego bakcyla – a przyznał, że ostatni raz był w górach w podstawówce, więc idąc za ciosem zwiedziliśmy jeszcze rynek w Kielcach i wzgórze Karczówka.

Swoją drogą – fajne te postoje. Odpoczywasz sobie, zwiedzasz a jeszcze ci za to płacą. Obaj dziś stwierdziliśmy, że w zasadzie to moglibyśmy mieć same postoje, a niechby nawet za tę połowę stawki… 😉

Poniżej kilka fotek ze zdobycia Łysicy:

cytat na dziś – Ania z Zielonego Wzgórza:

Jakże się cieszę, że żyję na świecie, w którym istnieje październik! Jakież to byłoby okropne, gdyby natychmiast po wrześniu następował listopad!

Reklamy

O grzybach, różach i jubileuszach

Nie wiem skąd oni wszyscy przynoszą te grzyby? Gdy było ciepło , to było sucho, a jak już jest mokro to za oknem cztery stopnie i pewnie grzybów w lesie ni hu hu. Jak już sobie grzybowy dzień w życiorysie wykroiłem, to nie pojechałem, albowiem nie wierzę że im się -tym grzybom –  chce rosnąć w takim zimnie. Chociaż podobno wiara czyni cuda, u mnie z wiarą ostatnio nietęgo – ot rozum się rozpanoszył , a te (wiara i rozum) – jak wiadomo nie zawsze lubią chodzić w parze.

Na załączonym obrazku ja w ubiegłym tygodniu, w lesie, w którym nie było ani nawet mizernego trujaczka, siedzę sobie i słucham ptaszków:

Skoro nie o grzybach, napiszmy o różach, Byłem po raz drugi na Święcie Róży w Kutnie. Wróciłem tyleż zachwycony, co oszołomiony różanym przepychem i znakomitą organizacją imprezy. Rozmach, współpraca wielu różnych środowisk, uśmiechnięci  i życzliwi ludzie na ulicach i dobrze im z oczu patrzy – zgaduję, że tu raczej nie rządzi PiS.  I jestem pełen podziwu dla samego miasta, które kiedyś stało różami, potem stać przestało i teraz jako Miasto Róż się odradza. Jeżeli chodzi o imprezę typu Dni miasta, to w Kutnie mają najlepsze.

Zrobiło na mnie wrażenie pięciu panów w stylowych kapelusikach świetnie grających jazz w starym sylu i spora grupa staruszków uprawiających w parku tai chi – aż miło było popatrzeć.

A róże obłędne! Poniżej fotoreportaż – nadmienię tylko, że tegoroczna wystawa róż przebiegała pod hasłem: Róża jest kobietą.

* *

Od róż przejdźmy do jubileuszy – we wrześniu bowiem świętowaliśmy złote gody moich rodziców. Zjechała cała rodzina i miło sobie poświętowaliśmy razem z uśmiechniętymi Jubilatami. I dla nich niech będą te róże.

zamiast cytatu na dziś – tai chi. Nauczyłbym się czegoś takiego i wyginał w lesie, gdyby nie było grzybów (zamiast siedzieć) 😉

żółw

Ostatni wpis „chorwacki” poświęcę żółwiowi. Spotkaliśmy żółwia dwa razy. Pierwszy tak się cwaniaczek tak zagrzebał w trawie i krzakach, że ani go dojrzeć, ani wyciągnąć. Ale drugi – dwa dni później – był bardziej towarzyski (a może to był ten sam, tylko w innym nastroju?). Nawet nie bardzo się chował w skorupie. Więc go obwąchaliśmy, obfotografowaliśmy, a nawet zrobiliśmy krótki filmik.

Dla miejscowych spotkać żółwia, to pewnie codzienność, dla nas to było wydarzenie.

Proszę Pańswa, oto żółw dalmatyński: