o dietach i jubileuszach

Z ostatnich tematów, które chciałbym odnotować najważniejsza była pięćdziesiątka u Frienda. Duża uroczystość, przy okazji uświadomiliśmy sobie, że sami się znamy lat trzydzieści. Na tej imprezie mieliśmy okazję zobaczyć dużą ślaską rodzinę. I było to dobre doświadczenie, które zapamiętamy – bo takich rodzin – ogromnych – wszerz i wzdłuż (znaczy: w pionie i w poziomie), w dodatku tak ze sobą związanych, jest już w dzisiejszym świecie coraz mniej. Patrzyliśmy więc na nich jak na zjawisko.

Ślązacy zarazili nas ideą diety Dąbrowskiej, przy której człowiek chudnie w oczach jedząc jedynie warzywa (poza strączkowymi)a z owoców jabłka i grejpfruty. Zero tłuszczów, cukrów, nabiału i węglowodanów. I tak najlepiej przez sześć tygodni. No to w drodze powrotnej poztanowiliśmy sobie z Żoncią, że spróbujemy. W domu jeszcze coś poczytaliśmy i już drugi dzień się męczymy. Nie wiem czy całe sześć tygodni pociągniemy, ale chcę na tyle by spokojnie zacząć biegać na nowo, bo chwili obecnej jestem za ciężki, żeb to robić bez ryzyka uszczerbku na zdrowiu. Religijni mówią na to post Daniela dodając jeszcze duchową nadbudowę, my jednak pozostaliśmy przy diecie, bowiem nasza motywacja jest czysto zdrowotna.

No i wpadłem z deszczu pod rynnę, bo dopiero było 40 dni bez piwa, a teraz następne 40. Masz ci los! No i jak ja teraz na tych degustacjach będę funkcjonował? (teraz zaczynamy grille, a właśnie pojutrze wybywam na zlot foodtrucków)

W ogóle „w naszym wieku” coraz więcej rozmawiamy o zdrowiu. Friend dał nam wykład jak nie mieć Alzheimera – że trzeba dużo czytać, rozwiązywać łamigłówki, wciąż się czegoś uczyć i głodzić przez dwa dni w tygodniu. No wszystko dobrze poza tym głodzeniem. Ale podobno testowali temat na szczurach i te co były głodzone nie miały Alzheimera – mózg się nastawiał na działanie i szukanie pożywienia, a te co miały wszystko podane pod nos na chorobę zapadały. Ciekawe, wszystko nam nawet pasuje poza tym głodzeniem. Co oni z tym głodzeniem wszyscy?

A my właśnie póki co głodni. Wiadomo, że naczelnym tematem będącego na diecie jest jedzenie. Więc na koniec: w niedzielę Zuzia wyprawiała urodziny i wygoniła nas z domu, wzięliśmy psa i książki, i zaszyliśmy się w krzakach na Łęgach nad Odrą. Było nam w tych krzakach bardzo fajnie, tylko zielona trawka jeszcze nie zdążyła wyrosnąć:

jeżeli chodzi o jedzenie, to zrobiłem dziewczynom na te urodziny legendarną bezę Pavlova – robi się dużą słodką bezę o średnicy 26 cm, z wierzchu jest chrupiąca a w środku kremowa, na to wykłada bitą śmietanę, a na to świeże owoce. Smak jest obłędny! przepis TU

to tyle – teraz wracamy do warzyw i owoców… 😉

Reklamy

Dobrze

Żoncia mówi, żebym coś napisał, bo ludzie pomyślą, że nic ciekawego w moim życiu się nie dzieje. Co prawda na to, co ludzie pomyślą, dawno już przestałem zwracać uwagę, napisać jednak napiszę, bo dawno nie pisałem i mało brakowało a marzec byłby pierwszym miesiącem od 2001 roku, w którym nie byłoby notki blogowej. Nie może być!

A czasami trzeba zrobić sobie przerwę i ta przerwa właśnie się odbyła. Jeśli zaś chodzi o to co dzieje się w życiu, to nic wielkiego , żadnych fajerwerków – ale jest dobrze. Wciąż przebywam na wewnętrznej emigracji, dużo czytam, czasem jakiś film czy serial, spacery z psem. Nudy, panie. Proza. Z tych nudów rozwijam się kulinarnie i piekę po kolei ciasta z Wielkiej Księgi Ciast Siostry Anastazji (biblia piekących słodkości).Kto oglądał film Julie & Julia – to on był inspiracją do tej akcji.  Jestem na szóstym cieście, a w święta powstaną kolejne dwa. Mówią, że dobre i każde wchodzi, mnie się też tak wydaje. Przepisów jest czterysta, więc licząc jedno ciasto w tygodniu mam roboty na cztery lata 😉

Gram też w szachy z Andym w komentarzach do notki o krakowskiej wycieczce i partia ma się już ku końcowi. Mojemu końcowi.

W pracy wyjazdów było mniej, ale czasem trafiały się jakieś perełki. Na przykład ostatnio – byłem w Lublinie i przyszli do mnie na hotdoga Starsza z Kneziem, jak miło było się spotkać! Innym razem byłem w Rewalu, gdzie pusto, cicho i zjawiskowo. Teraz można tam wynając za grosze apartamenty i jest w czym wybierać, więc wybrałem taki, że zaraz za płotem było zejście na plażę. Spędziłem na tej plaży wieczór i poranek, i było  świetnie.

Wycofanie – tak można by było określić stan, w którym się znalazłem. Nikt nie dzwonił, nie odwiedzał, nie zaczepiał. Mnie też raczej nie nosiło. I może dobrze. Nawet piwa nie piłem przez ostatnie 40 dni. Tak sobie postanowiłem, że do Wielkanocy. A w Wielkanoc będzie wesołe Alleluja ! 😉

Tymczasem w domu już gwar jakiego dawno nie było. Może to znak, że etap wycofania należy zakończyć. Wszyscy zjechali na święta, a ja zaraz zaczynam pieczenie na dwa domy – kończę więc i życzę Wam wszystkim dobrych i wesołych Świąt! 🙂


Cytat na dziś,  ś.p. Wojciech Młynarski:

Oto ma pisanka
na polską Wielkanoc:
popatrz na baranka
i przebacz baranom!

omamy

Dużo się dzieje na różnych frontach – ostatnio najbardziej na froncie zdrowotnym. Właśnie wywiozłem moją mamę na operację stawu kolanowego (uff, w końcu, bo biedactwo już ledwo chodziło, a zdecydować się nie mogło), a w weekend szwagier przywiózł teścia po operacji zastawki serca. Poważna sprawa, ale wszystko dobrze poszło. Teraz teść zostanie pod naszą opieką i przez pewien czas będziemy całkowicie zaangażowani.

Czas pooperacyjny był bardzo angażujący ze względu na omamy, które uważam , że warto opisać – bo nie wszyscy o nich wiedzą. Było trochę straszno na początku, potem śmiszno i straszno, dziś już zostało samo śmiszno i cała historia wejdzie do kanonu rodzinych anegdot.

Nemniej uważam, że bliscy pacjentów przed operacjami kardiochirurgicznymi powinni być o takich sprawach informowani wcześniej. My dopiero post factum , gdy wystąpiły pierwsze objawy dowiedzieliśmy się, że u ponad 40 % pacjentów po operacjach serca występują omamy i halucnacje – trwają kilka dni, po czym mijają i nie należy się tym przejmować. Trzeba tylko pacjentów pilnować i zachować zimną krew.

Nasz dziadek dał jednak taki popis, że nawet szwagier , który niejeden życiowy bój już stoczył wymiękł całkowicie.

Zaczęło się od telefonu do wnuczki (córki szwagra), do której dziadek zwracał się jak do mojej Żonci – że on jest w Polkowicach w Centrum Zdrowia (nigdy tam nie był, w rzeczwistości leżał we Wrocku) i że ma wypis, jest spakowany i trzeba go szybko odebrać. Wnuczka wjaśnia, że to ona, dziadek dalej do niej jako do Żonci. Rozłączyła się więc – poinformowała szwagra o wszystkim. Szwagier dzwoni do dziadka, a ten dalej rozmawia jak z Żoncią. Wsiadł w samochód i szybko podjechał do szpitala, gdzie rzeczywiście czekał spakowany dziadek i jakoś przywrócił go do rzeczywistości.

Inna sytuacja: środek nocy (na sali pooperacyjnej jest non stop zapalone światło i oni tam zatracają poczucie czasu). Dziadek dzwoni do szwagra: „Słuchaj wywożą nas wszystkich do urzędu. Po cztery łóżka do busa i tam mamy podpisać zgodę na wyjazd do sanatorium.” Szwagier zaczyna wchodzić w rolę i pyta czy nie lepiej , żeby urzędnik przyjechał do szpitala? Teściu mówi, ża nie, bo trzeba być osobiście w urzędzie….

Trzecia w nocy, dziadek dzwoni do szwagra z radosną wieścią: „Wojna się skończyła!”. Szwagier na to: „To bardzo dobrze! W końcu możesz odpocząć i się wyspać! Przyjdę rano, to pogadamy.” Wybrnął.

Dziadek budzi się i widzi dziwne rzeczy: szafa nie stoi, ale leży w poprzek. Jak oni z tej szafy korzystają  tm szpitalu? – myśli. Patrzy po sali, a wszystkie łóżka stoją pionowo, przymocowane do ściany, a do nich pasami przypięci są pacjenci. Wchodzi pielęgniarka i widzi, że dziadek stoi – na baczność – przy łóżku. „Co pan robi?”– pyta. „Leżę” – odpowiada dziadek. „Niech pan natychmiast kładzie się do łóżka!” – na co dziadek zrobił pielęgniarce awanturę i zagroził, że zadzwoni na policję i opowie jak w tym szpitalu traktują pacjentów.

Z awanturami to nie wszystko, bo dziadek jeszcze wczoraj był przekonany, że na oddziale były Żoncia ze szwagierką i kłóciły się o coś z ordynatorem (to świadczy o sile omamów: wyobrazić sobie kłócącą się Żoncię) .

Dalej: szwagier przychodzi do szpitala, a dziadek oświadcza: „miałem drugą operację. W nocy przyszedł ordynator i oświadczył, że minęło siedem dni i nie ma poprawy, podpisałem zgodę na drugą, która rano się odbyła”. Na szczęście ta druga „się udała” i wszystko było w porządku, niedogodność byla taka, że wieźli dziadka na tę operację przez piwnicę pełną dziur i składnicę złomu….

jest jeszcze parę hstorii o tym , kto dziadka odwiedzał i co mówił, i kilka kolejnych o pakowaniu i ruszaniu w drogę, ale dajmy juz spokój… Kolega z łóżka obok, który „obudził się” stojąc nad ranem na pustej sali operacyjnej tak się przestraszył, że zaprzestał brania leków psychotropowych. Nie spał i wyglądał jakby go ktoś pogryzł i wypluł, ale omamów już nie miał.

Chłopaki zjechali do domu żółci ze zmęczenia i niewyspania. Mija trzeci dzień i z każdym dniem jest coraz lepiej. Omamów już nie ma, choć dziadek do dziś nie rozróżnia, co było jawą, a co snem. Wciąż jest przekonany, że miał dwie operacje i ze Żoncia kłóciła się z ordynatorem. Nie wyprowadzamy go z błędu, bo i po co? A wojna się przecież skończyła.

ilustracja: Wassily Kandinsky – Composition VII