latarnie

Są ludzie nie do zastąpienia. Gdy zabraknie, nic nie jest jak tak jak dawniej. I mają w sobie (zazwyczaj pod koniec życia , albo w jego drugiej połowie -chociaż nie zawsze) jakiś taki wewnętrzny blask. Światło. I człowiek nie wie do końca dlaczego, ale czuje, że warto ich słuchać. Tacy, gdy kawał ich życia już upłynie i mają za sobą mnogość doświadczeń, sukcesów i porażek, zdobytą wiedzę, dziesiątki mniejszych i większych życiowych decyzji- stają się mędrcami.

I gdy się ich słucha, coś sie w człowieku zmienia na lepsze. I żyjąc w tym pokręconym świecie zaczyna myśleć nieco inaczej.   Gdy brakuje nadziei zaczyna ją mieć. Gdy nie widział drogi, zaczyna ją dostrzegać.

Każda epoka ma takich ludzi. Nazwijmy ich latarniami. Świecą zwłaszcza wtedy, kiedy jest ciemno, gdy czasy mroczne. Wtedy też są najbardziej potrzebni. Gdy jest jasno, stają się nieco mniej widoczni, ale dobrze że są. Gdy coś zaczyna szarzeć – znowu się stają wyraziści.

Jakoś tak Pan Bóg ten świat wymyślił, że nigdy takich latarni nie brakuje. Nie są podobni do siebie – raczej bardzo różni -na miarę czasów w jakich przyszło im żyć. Nie trzeba ich specjalnie szukać. Pojawiają się bez specjalnego promowania. Wystarczy „spojrzeć sercem” , by je zobaczyć.

Niektórzy bardzo by chcieli być latarniami. Są tacy, którzy się za laterne uważają, a zupełnie nimi nie są. Albo tez próbują stosując różnorakie zabiegi socjotechniczne ogłosić -ten oto, czy tamten Wielkim Człowiekiem Jest (lub Był). Ale to się nie da. To nie działa w ten sposób. Autorytetu nie można zdobyć „z automatu”. To raczej praca całego życia, by zdobyć szacunek, uznanie i posłuch. I co ważne – staje się to niejako mimochodem („bycie autorytetem” jako jakiś życiowy czy polityczny cel wygląda z gruntu sztucznie i pachnie jakąś nieszczerością). Tu nie ma też demokracji – takich nie można „wybrać”. Liczy się serce i rozum.

Gdy latarnie odchodzą – żal. Zostają po nich pisma, wywiady, zapamiętane słowa, gesty, postawy – może jakieś filmy, dokumenty. I historie ich życia – bo zazwyczaj są świadkami historii. I świadkami tego, że dobro zwycięża nad złem, światło nad ciemnoscią a prawda nad kłamstwem. Pochylamy się z szacunkiem nad tym wszystkim co pozostawili. I dobra wiadomość jest taka, że  – choć zastąpić ich niepodobna – puste miejsca się zapełniają. Niektórzy ich uczniowie, słuchacze, wychowankowie sami z czasem – biorąc coś z tego dla siebie – stają się latarniami . I tak płynie czas. Tak funkcjonuje ludzkość. Bo niepodobna pomyśleć, co by było gdyby takich latarni zabrakło.

Myślę, że tak jak każdy ma swoje ścieżki, znajduje na tych ścieżkach swoje latarnie. Choć pewnie gdzieś te nasze ścieżki się krzyżują i mamy jakieś wspólne?

Jedną z takich latarni był profesor Władysław Bartoszewski, którego pogrzeb będzie pojutrze i Jemu właśnie dedykuję tę notkę.

(notkę umieszczam również na blogu Myśli Paradoksalne)

a ilustracją niech będzie ta urocza fotografia:

o filmach, bieganiu, dziwnych snach i o tym „co ludzie powiedzą”

Dawno nie było o filmach. I o bieganiu. Dziś więc dwa w jednym. Kilka ciekawych filmów udało się ostatnio obejrzeć. Napiszę o trzech. Ale zanim – krótko o bieganiu: chciabym coś ogłosić. Bo jest taki mechanizm psychologiczny, że jak się coś ogłosi, to już nie ma zmiłuj. Ogłaszam więc wszem i wobec: moim czwartym maratonem będzie Cracovia Maraton, który odbędzie się 19 kwietnia. Howgh! Kto biegnie? Kto kibicuje? Komu jakiś ciuszek? 😉 A jeszcze sobie postanowiłem że póki żyję i póki sił -to dwa maratony w roku przebiegnę. Czy ja już o tym nie pisałem? Howgh.

No! A teraz o filmach. Najpierw Ida. Film doskonały. Wszystko w nim gra: fabuła, reżyseria, gra aktorska, zdjęcia. Oglądałem z zachwytem i trzymam kciuki za Oscara dla tego filmu. Z jednej strony poezja, z drugiej strony film bardzo mocny, poruszający emocje – rzecz o siostrzyczce, która tuż przed ślubami zakonnymi odkrywa swoje żydowskie korzenie. Akcja dzieje się w latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia -świetnie ukazany klimat epoki, co podkreślają czarno-białe zdjęcia. Jakie zdjęcia! Wszystko jest tam ważne i potrzebne – każde ujęcie, gest, detal. Jednego nie rozumiem: dlaczego w Polsce obejrzało Idę jedynie niewiele ponad 100 tys. widzów, podczas , gdy we Francji pół miliona. Ludzie, obejrzyjcie ten film! -zwłaszcza w Polsce powinien być oglądany. Ale w spokoju i skupieniu. Film jest obecnie do zobaczenia w ramach promocji Żywca 101 filmów: trzeba tylko się zalogować i wklepać kod spod kapsla albo zawleczki.

Drugi film: Dzikie historie. Uhahany wróciłem z ostatniego DKFu – argentyński czarny humor. Mocny, krwisty, grubo ciosany i ostatecznie bardzo śmieszny – gdy już człowiek wejdzie w konwencję. Bo na początku to trochę nie wie, czy to już? Śmieszne czy straszne? Potem jest coraz lepiej, a na końcu bardzo dobrze. Sześć historii opowiadających o tym, co się dzieje, gdy porządnym ludziom puszczają nerwy- i ostatecznie: hamulce (miałem tak ze trzy razy w życiu, ale nie aż tak jak ci w filmie…). Każda historia jest zupełnie inna a motywem przewodnim jest dzikość, która się wyzwala – gdy narastają emocje i w pewnym momencie człowiek mówi : dość! i następuje spektakularna jazda bez trzymanki, a potem już nic nie jet tak jak dawniej .  Taki moment następuje – w zależności od historii – pod wpływem nagłego impulsu, bądź też długiego dojrzewania. Najbardziej smakowita jest ostatnia opowieść , z panną młodą w roli głównej, która doznaje przemiany i oświecenia na własnym weselu.Tej pannie młodej podczas sceny na wysokim dachu pewien kucharz radzi, że jeśli będzie się przejmowała tym, co sobie myślą ludzie , to daleko w życiu nie zajedzie. I wtedy się zaczyna. Warto! (świetna muzyka!)

Swoją drogą – a gdyby tak zastosować to do bloga – to co by to było?? Nie przejmować się co ludzie pomyślą i pisaaać – bez hamulców, ograniczeń, wyłączając „krytyków wewnętrznych”, społeczne konwenanse – to co naprawdę ma się w głowie, bez ugrzeczniania, łagodzenia itp. Ciekawe co by się działo? Wyobrażam sobie, że połowa czytelników by uciekła, druga połowa przybyła. Do przemyślenia. Pannie młodej wyszło na dobre. A i sam Pan Jezus mówił, że „prawda was wyzwoli”, nie? 🙂

I jeszcze Mów mi Vincent z moim ulubionym facetem: Billem Murray’em. No Między słowami, to to nie jest. Ale obejrzałem z ogromną przyjemnością. Lubię historie o gościach grubo po pięćdziesiątce, doświadczonych przez życie. Oni są „mądrzejsi inaczej”, trzymają dystans i też nie obchodzi ich „co ludzie powiedzą”. I ten dystans czyni różnicę. Z takim to by człowiek usiadł przy piwie i pogawędził, nie martwiąc się zupełnie brakiem prawej jedynki… W każdym razie Bill w roli mentora zagubionego dzieciaka i opiekuna niepodlewanego kwiatka wypadł szczerze i autentycznie. Taka ballada na sobotni wieczór.

* * *

a tak poza tym: śniło mi się , że obudziła mnie żoncia mówiąc, że na moim blogu jest ponad 100 komentarzy i ludzie się o coś kłócą, i żebym jakoś interweniował. Nie wiem jak może się śnić, że ktoś ciebie budzi?? -ale tak było… niestety nie wiem o co chodziło, bo gdy już miałemsię zabrać do łagodzenia sporów, obudziłem się naprawdę…

dzisiaj będę próbował przekonać Nowego Szefa do kupienia służbowego laptopa, bo mój staruszek już ledwie zipie i mówi, że nie chce jeździć do pracy… Nie chwaląc się, ostatnio miałem kilka sukcesów, Nowy Szef powinien mieć dobry humor.. do tego jako „Ceryfikowany Specjalista od Wywierania Wpływu” 😀 użyję wszystkich swoich tajemnych mocy… Trzymajcie kciuki 😉