sobota, 30 maja

Druga połowa maja raczej smutna. Z trzema śmierciami przyszło się mierzyć – każda inna, każda bolesna, każda zasługuje na osobną notkę. Dziś więc śmierć pierwsza, najświeższa: śmierć Jerzego Pilcha. Aż się spłakałem, kiedy się o niej dowiedziałem, gdy wróciłem wczoraj z działki późnym wieczorem.

Jeśli użyć kategorii „wielki pisarz” to tak! Pilch był wielki. Nie mamy takich wielu. Z żyjących – poza Olgą Tokarczuk może jeszcze Wiesław Myśliwski – tak myślę. Andrzeja Stasiuka jeszcze dodajmy. Ktoś jeszcze? – pomóżcie.  Jest kilku bardzo dobrych, którzy aspirują do wielkości, ale to jest daleka droga… To trzeba wiele przeżyć, przeczytać i napisać… dojść do momentu , kiedy słowo, tekst ale także życie budzi uwagę wielu, jest punktem odniesienia, jakimś światełkiem w tych mrocznych czasach. Nie da się wyznaczyć momentu, kiedy pisarz staje się współczesnym mędrcem. Ot po prostu: staje się. Takim właśnie stał się dla wielu Pilch. Oczywiście nie od razu, każdy bowiem mędrzec – by zyskać mądrość (wiem, że pojęcie względne i dla każdego znaczy co innego) musi przejść swoją drogę pełną doświadczeń – paradoksalnie: im trudniejsze są te doświadczenia tym lepiej, przerobić je w sobie, przetrawić, wreszcie umieć podejść do nich z pewnym dystansem i – last but not least – potrafić o nich opowiedzieć i ująć to w piękną formę, myśl, felieton, powieść…. Wówczas mamy do czynienia z madrością i swoistą „wielkością” pisarza. Wyróżnikiem tej wielkości nie jest więc jakaś wyimaginowana moralna doskonałość, pełniona funkcja czy pozycja społeczna, raczej umiejętność spójnego ogarnięcia życia i świata, która w jakimś sensie promieniuje, przyciąga uwagę, wywołuje w odbiorcy wewnętrzne „tak!”. O takim „tak” wczoraj mówił we wspomnieniu Jerzy Stuhr: „to co on mowił ja dokładnie czułem, tylko on to umiał ująć lepiej – bardziej dowcipnie, bardziej ironicznie, bardziej sarkastycznie, bardziej inteligentnie,(…) Towarzyszył mi całe życie ujmując tę rzeczywistość, którą ja też dobrze rozumiałem, tylko on potrafił ją lepiej wyrazić.” Mam to samo.

Związałem się z Pilchem przez jego felietony : w Tygodniku Powszechnym, który przecież czytam od zawsze, ale też swego czasu w Przekroju (opublikowane potem jako Dziennik) i sporadycznie w Polityce, potem znowu w Tygodniku. Chłonąłem te felietony jak gąbka i zawsze od nich zaczynałem lekturę. Ujął mnie dystansem do siebie, do świata, nawet do własnego środowiska, erudycją, poczuciem humoru,wreszcie swoim jedynym , niepowtarzalnym pilchowym stylem. Jak nikt potrafił komentować rzeczywistość. Ujął mnie też  tym swoim podejściem do życia, które z jednej strony wciąż wiodło Pilcha do korzeni, z drugiej kazało mu uciekać. Ślady tych korzeni znać w całej twórczości – publicystyce, opowiadaniach, powieściach – zwłaszcza tych późnych – wraca więcPilch do „luterskiej” Wisły, do matki, domu rodzinnego, pastora Wantuły i protestanckiej wiary. Na wiślańskim deptaku kiedyś go spotkałem w latach dziewięćdziesiątych – spacerował sobie niespiesznie, bardzo elegancki, w kapeluszu, wszyscy mu się kłąniali, ukłoniłem się i ja. Było w Pilchu jakieś uporządkowanie, pedantyzm, dbałosć o szczegół – w wywiadzie rzece z Eweliną Pietrowiak (nota bene byłą życiową partnerką) mówił o kolekcjach płyt, albumów, starannie gromadzonej bibliotece i książkach oprawionych u introligatora, o uporządkowanym biurku i zawsze naostrzonych ołówkach jednej marki. Z drugiej strony  był w Pilchu nieporządek – gnało Pilcha „w świat” – w sensie: najpierw do Krakowa, potem na Hożą do Warszawy i na koniec: ku ogólnemu zaskoczeniu – do Kielc. Przez całe życie porzucał  Pilch to co stare i otwierał się na jakieś nowe – czy to w relacjach, związkach z kobietami,  współpracach z wydawcami czy miejscach swojego zamieszkania. Luterską wiarę też chyba porzucił, choć wciąż do niej wracał z sentymentem. Oddawał się Pilch nałogom, potem się z nich wyrywał… Był zadziwiająco wierny (kibicowanie Cracovii) innym razem zadziwiająco niewierny (kobiety, redakcje). Obok uporządkowania – nieporządek, ogień i woda, yin i yang – i to go w jakiś sposób kształtowało i wszystko miało odzwierciedlenie w jego twórczości. A był szczery i prawdziwy w tym co pisał.

Wracając do śmierci – wynikanie jest proste: śmierć wielkiego pisarza to wielka strata dla polskiej literatury i dla nas – przywiązanych do „swojego autora” czytelników. Pisarz zostawia bowiem po sobie puste miejsce, którego nikt nie zapełni, Pilch bowiem jest tylko jeden… i nie ma nikogo kto byłby do niego podobny. Zostają teksty, które można czytać na nowo i ciągle coś odkrywać – za chwilę wezmę się za Dziennik po raz drugi (a własciwie trzeci, bo przecież wcześniej czytany w formie cotygodniowych felietonów). Bo z czytaniem Pilcha jest tak, jak to ujął Krzysztof Varga w Wyborczej: „najbardziej lubię czytać teksty Pilcha, które już kiedyś czytałem, a że przeczytałem wszystkie, to czytając je na powrót, odczuwam, że podobają mi się jeszcze bardziej.”


 

Pomyślałem sobie, że jako cytat na dziś umieszczę ostatnie wynotowane prze ze mnie zdanie z pilchowej twórczości. Przewertowałem swój kajecik i znalazłem. Nie uwierzycie –  zdanie wynotowane z Portretu młodej Wenecjanki, s.42:

„złośliwościom maszyny losującej zwanej opatrznością nie ma końca”

Drugi raz w życiu spotkałem Pilcha dwa lata temu, na targach książki w Krakowie. Siedział taki wycofany, jakby zagubiony w tym targowym harmidrze, znać było jego chorobę. Wtedy zrobiłem to zdjęcie:

[EDIT] Koniec życia pisarza również wpisuje sie w tą historię walki nieporządku z porządkiem. Ot dygot parkinsonowski, o którym Pilch niejednokrotnie pisał , z którym walczył poddając się operacji, przenosiny do Kielc, do domu rodzinnego żony, po to by móc – poruszając się na wózku  – prowadzić normalne życie (na Hożej w Warszawie było to już niemożliwe, wózek bowiem nie mieścił się do windy, a Pilch mieszkał na czwartym piętrze). I już się wydawało , że jest wszystko uporządkowane – ostatnie wywiady o życiu w Kielcach są bardzo pozytywne w swojej wymowie – nowe książki się pisały, miało powstać wydawnictwo, aż tu nagle do tego porądku przyszedł – że tak to ujmę – nieporządek ostateczny i niespodziewany….

* * *

Mam do oddania Wiele demonów bo mi się zdublowały. Ktoś chce przygarnąć? pisać w komentarzu (mowa o powieści Pilcha oczywiście)

 

środa 29 stycznia

Co tam, panie, w styczniu? A pochwalę się: skończyłem Księgi Jakubowe Olgi Tokarczuk.Dostałem je kiedyś od Watry na Watrowisku, czekały na swój czas. I kiedy pani Olga dostała Nobla uznałem, że czas jest najwyższy. W moim przypadku to nie lada wyczyn, nie mam bowiem pamięci do nazwisk i przy skomplikowanych sagach historycznych gubię się jeszcze przed połową książki i wszystko mi się miesza. Z trudem na przykład przebrnąłem przez Sto lat samotności Marqueza, ale zaparłem się – mając świadomość, że obcuję z arcydziełem – wracałem po kilka stron, kiedy uwagi nie starczyło, robiłem mapy myśli i ostatecznie udało się zgłębić historię rodu Buendiów. Ale energii straciłem tyle, że na zachwyty już nie starczyło.

Inaczej rzecz się miała z Grą w klasy Cortazara, którą czytać można na różne sposoby – statycznie i dynamicznie – czyli przeskakując zgodnie z sugestiami autora – albo nawet na wyrywki.  Wbrew pozorom , gdy czyta się dynamicznie i skacze po pół książki – zgodnie ze wskazówkami  –  to trzyma się człowiek jakiejś chronologii i ciągu zdarzeń, gdy zaś czyta się statycznie – czyli jak każdą książkę -to każdy kolejny rozdział napisany jest jakby „od czapy” – jest zupełną niespodzianką i nie ma związku z poprzednim. Podobno gdzieś tam się czytelnikowi coś z czasem w głowie układa. Nie wiem, nie próbowałem, wierzę jednak , że w tym szaleństwie jest metoda. I podążając za sugestiami autora – raz się gubiłem, raz odnajdywałem, ale zaparłem się – mając świadomość, że obcuję z arcydziełem i gdyby ktoś pytał: Grę w klasy przeczytałem; ba! – nawet momentami przeżyłem! ale opowiedzieć, nie opowiem….

Z Księgami Jakubowymi   była jeszcze inna  trudność. Dokładałem wielkiej staranności, by wiedzieć kto jest kim w wesołej gromadce Jakuba Franka, kto ma się ku sobie, skąd pochodzi, w drugim pokoleniu: z jakich jest rodziców. I szło mi całkiem dobrze. Trzeba było jeszcze podążać za poglądami  – bo przecież frankiści to swego rodzaju sekta i trzeba było śledzić uważnie co Jakubowi Pan Bóg „objawił” – a działo się wszystko w ramach trzech wielkich religii: islamu, judaizmu i chrześcijaństwa, do tego jeszcze wciąż się przemieszczali od Turcji , przez Podole, całe tereny osiemnastowiecznej Rzeczypospolitej, ze szczególnym uwzględnieniem Częstochowy, do tego jeszcze Wiedeń i  dwór cesarza i na koniec Offenbach w Niemczech – ogarnąć to wszystko, to nie lada wyczyn, zarówno pisarski jak i czytelniczy. Dodajmy jeszcze numerację stron – po hebrajsku czyli od tyłu do przodu – książka zaczyna się od strony 906, kończy na 1. Ale zaparłem się – mając świadomość, że obcuję z arcydziełem i czytam , ogarniam wszystko, podążam. Aż tu nagle  – grom z jasnego nieba – cała grupa mniej więcej w połowie Ksiąg przeszła na katolicyzm i przyjmując chrzest każdy z wyznawców przyjął równocześnie nowe imię i nazwisko. Masz babo placek.. I tak Szlomo Szor stał się Franciszkiem Wołowskim, Chana zostaje Józefą Scholastyką, Awacza – Ewą, Jeruchim – Jędrzejem Dembowskim, Nachman – Jakubowskim. I wszystko trzeba było zaczynać na nowo. Czytanie Ksiąg było jak zdobywanie wielkiej góry, ale dałem radę i warto było! I jestem pełen podziwu dla naszej noblistki, ze pracując na źródłach napisała tę powieść. Takiej ksiązki w polskiej literaturze jeszcze nie było! Wielka rzecz!

(heh… miałem w głowie cztery wątki n.t „co tam w styczniu” a rozwinął się tylko jeden…. moze się bloguś w końcu ruszy? 😉  )

fotka: gdzieś z Polski, z jakiegoś hotelu:


cytaty na dziś – jakżeby inaczej ! – z Ksiąg Jakubowych: modlitwa reb Mordkego, którą wyrecytował pykając nabitą ziołami fajkę – w zasadzie nawet dla tej jednej modlitwy warto było Księgi przeczytać, bo jakiekolwiek zioła palił reb Mordke, udało mu się napisać również o mojej duszy:

„Moja dusza
nie pozwoli się zamknąć w więzieniu,
w klatce z żelaza czy w klatce z powietrza.
Moja dusza chce być jak statek na niebie
i granice ciała nie mogą jej zatrzymać.
I żadne mury jej nie uwiężą:
ani te, które zbudowano ludzkimi rękami,
ani mury grzeczności,
ani mury uprzejmości
czy dobrego wychowania.
Nie pochwycą jej szumne przemowy,
granice królestw,
wysokie urodzenie – Nic.
Dusza przelatuje nad tym wszystkim
z wielką łatwością,
jest ponad tym, co mieści się w słowach,
i poza tym, co się w ogóle w słowach nie mieści.
Jest poza przyjemnością i poza lękiem.
Przekracza tak samo to, co piękne i wzniosłe,
jak i to, co podłe i straszne.

Pomóż mi, dobry Boże, i spraw, by mnie życie nie raniło.
Daj mi zdolność mówienia, daj mi język i słowa,
a wtedy wypowiem prawdę
o Tobie.”

i jeszcze wziąłem sobie rozmyślania starego Moliwdy – jakże mi bliskie:

„Która część naszego serca wierzy, a która jest pewna, że to nieprawda? – pyta samego siebie sennie i potem ostatnia myśl, która towarzyszy mu przed zapadnięciem w sen jest taka, że trudno jest uciec od siebie…”

a po burzy spokój

Bez internetu, to se możesz pisać jedynie w kajeciku, uskuteczniając odchodzącą w zapomnienie czynność pisania długopisem. No ale jest! wrócił ku ogólnej radości, więc notka po dwóch dniach przerwy, za to dłuższa – blogoćwiczenia trwają! A nie było internetu ponieważ była burza i chyba jakaś awaria. A burza była taka, że człowiek się zastanawiał o drugiej w nocy, czy jakaś kolejna wojna się – nie daj Boże – nie zaczyna …. Bo my tu żyjemy sobie na górce, nad zatoczką, po drugiej stronie zatoczki jest druga górka i gdy pośrodku dupnie piorun, to jego dźwięk leci po wodzie, po płaskim – odbija się od górki do górki i zwielokratnia, co daje wrażenie ni mniej ni więcej tylko artyleryjnego strzelania tudzież* końca świata. A burze tutaj solidne, bo za plecami mamy Velebit- najwyższe w Chorwacji góry. Noc mieliśmy więc nieprzespaną.

A jak mówi poeta po nocy przychodzi dzień a po burzy spokój – gdy odchodził front nawet tęcza się pojawiła:

do tego morze, które było wzburzone dostało więcej kolorów od granatów przez lazury po brązy – aż miło popatrzeć:

ale kąpać się jeszcze nie chciało i zanim słoneczko się nie rozgości na dobre na niebie powędrowałem z Sasunią na puste dzikie plaże, gdzie spędziliśmy pół dnia jak Robinson z Piętaszkiem:

* * *

Nawiązując do pisania w kajeciku: zdarzyła mi się tutaj mała-wielka tragedia. Otóż zostawiłem kajecik na tarasie, leżał w upale kilka godzin i zniknęła mi duża część  zapisków (25%?) Pewnie z racji tego , że pisałem cienkopisem z jakimś marnej jakości atramentem? W każdym razie nie ma. Zniknęło – ku mojej wielkiej boleści. Bo ja w kajeciku zapisuję to , co jest nie moje, a co chcę przyjąć jako swoje, co chcę by we mnie zostało, cytaty z książek, myśli z wywiadów, tytuły książek które warto przeczytać, autorów wartych poznania , itp, itd… Coś, co nie chciałem , by odeszło w zapomnienie, ale też to, co wyciągnąłem z niepamięci – dla siebie, czasem też dla innych (vide :cytaty na dziś) Jest to swoisty skarbczyk, do którego jestem przywiązany. I tu nagle taki zonk…

Na pocieszenie mówię sobie, że jednak większość się uchowała, ale spieszę się  kochać te myśli, tak szybko odchodzą:

cytat na dziś, Andrzej Bobkowski, w opowiadaniu Na tyłach – myśl napisana gdzieś w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku :

Europejczyk, który nie chce być wolny, przestaje być Europejczykiem. Aby nim pozostać musiałem wyjechać. Ktoś z Polski powiedział mi raz: „widzi pan – totalizm, to nie rząd totalistyczny, to nie ustrój totalistyczny. Totalizm zaczyna się wtedy, gdy nie tylko szary obywatel, człowiek ulicy, lecz kiedy całe społeczeństwo zaczyna z pełnym przekonaniem mówić „rząd musi, państwo powinno…itd” Dopiero wtedy zaczyna się totalizm. Totalizm nie jest formą ustroju, on jest formacją duszy i umysłu obywatela”. W Europie całe społeczeństwa zaczynają już wierzyć, że „rząd musi”. 

tudzież – słowo wykreślone przez Andzeja Dobosza , który na polecenie prezydenta Dudy poprawiał Przedwiośnie dla potrzeb „narodowego czytania” wykreślając niektóre przymiotniki, których uznał, że jest za dużo lub słowa, które uznał za archaiczne. Napiszę tak: wczesny Dobosz był całkiem do rzeczy, pisał nawet ciekawe felietony w czasach, gdy prowadził w Paryżu polską księgarenkę, ale ostatnio coś mu odwaliło (żoncia mówi, że za ostro, a ja uważam że „odwaliło” jest słowem bardzo adekwatnym)…

Mniejsza o poglądy polityczne, ale poprawiać mistrzów?? Aż strach pomyśleć co może się stać z polską literaturą, gdy Duda i jego podwładni literaci zechcą jeszcze coś poprawić  czy wykreślić (Mickiewicza? Gombrowicza? Prusa?) . Dziś przymiotnik „narodowy” odmienia się przez wszystkie przypadki chyba zbyt często? – jeśli jednak mówimy o „narodowym dziedzictwie”, to jest nim w ogromnej mierze literatura. Co się stanie, gdy zaczniemy dzieła literackie poprawiać w imię jakkolwiek rozumianej poprawności? Może potem zaczniemy przemalowywać obrazy? przebudowywać zabytki?  Trzeba się głośno oburzać i przeciwstawiać głupocie, co niniejszym czynię.

Przystępuję również do SKOT-u, czyli Społecznego Komitetu Obrony Tudzież(y) powstałego po tekście Michała Nogasia i deklaruję, że słowa „tudzież” będę ochoczo używał tudzież zachęcał do używania i przystąpiania (zwłaszcza blogerów tudzież komentatorów). Howgh!