To nie jest takie proste i niewesołe napisać codziennie notkę. Jednak wzwaniu należy sprostać. Sprostujmy więc bez zbędnych dywagacji.
Dziś urządziliśmy sobie dłuższy spacer po okolicy. Co prawda cel , jakim było dojście do końca półwyspu, gdzie na pewnej wysokości znajdują się ruiny zamku templariuszy – nie został osiągnięty (ot szlaban na drodze w pewnym momencie). Jednak z samej wycieczki wszyscy byli zadowoleni.
Choćby dlatego, że wszystko jest tu inne, egzotyczne. Wspinaliśmy się na górę mijając malownicze gaje oliwne, a słońce chyliło się ku zachodowi:

wielu tutaj żyje z produkcji oliwy, więc na okolicznych wzgórzach wiele wiekowych plantacji:

miejsca bardzo klimatyczne, których większość turystów – skupionych wokól wody – raczej nie odwiedza. Po drodze mnóstwo jeżyn (dojrzałe, bardzo słodkie, mniejsze niż nasze), których nikt nie zrywa, dzikich wiorośli (smak podobny do tych , które mój ojciec ma na działce) i figowców z niesamowicie smacznymi, dojrzałymi właśnie figami, którymi objadłem się dzisiaj jak dziki osioł.
Trzeba się było trochę powspinać:

za sobą zostawiliśmy zatokę:

a mijaliśmy – poza laskami piniowymi, tujowymi i gajami oliwnymi – także laski bambusowe:

Po drodze spotkaliśmy żółwia, któremu jednak nie zrobiliśmy zdjęcia bo tak się zagrzebał w trawie, że żal go było wyciągać. Do tego dziesiątki jaszczurek, wielkiego zająca (nie zdążyłem) i chorwackiego tygrzyka, który cierpliwie mi pozował:

Widoki, smaki, zapachy – wszystkiego nie sposób opisać – i to wszystko na godzinnej wycieczce – półtora kilometra od naszego „apartamentu”. Piszę w cudzysłowiu, bo śmieszy mne to nazewnictwo (ot, proste małe mieszkanko i tyle).
I nie trzeba było wiele, by przeżyć „egzotyczną” wyprawę. Przy tej okazji przypomniała mi się książka Michała – nomen omen – Książka Zawsze jest dzsiaj – o której pisałem na blogu czytelniczym . Ze spacerów po Warszawie, niejako wokół domu, wyciągał on rzeczy niezwykłe. Fascynujące tematy znajdował – że tak powiem – za płotem. Trzeba tylko wyostrzyć zmysły i złamać schemat.
cytat na dziś: Julio Cortazar – Gra w klasy:
„Ledwie zaczynał lerfić jej noemy, już jej się drliła klamcyja i oboje zapadali w wodomurie, w dzikie prężyny, w rozpaczliwe dystalancje. Ale jeżeli tylko próbował wydęgać jej murtę, pogrążała się w jękliwe wyrgi i musiał rozmitrygiwać kaldurmię, czując jak powoli arnulie spektualniają się, oprzaniają, muleją i w końcu sztywnieją jak trimalsjat ergomaniny, do którego niechcący wpadło kilka finopii kożaniery. A przecież to był dopiero początek”
lubię takie zwiedzanie.Woda jest fajna alle czasem warto się rozejrzeć wokół.
Ile my z X-menem cudnych miejsc niedaleko domu poznaliśmy!!! Niee do uwierzenia jakby tak ktoś mi powiedział „na sucho”
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Kolektyw trwa w zachwycie; Bengalski przyznaje dodatkowe punkty za tygrzyka
PolubieniePolubienie
Zaintrygowała mnie pigwa. Chociaż nie mogę się połapać czy chodziło Ci o pigwę czy o pigwowiec. Masz specyficzny gust. Wszędzie czytałam, że pigwy na surowo są bardzo twarde, cierpkie i niesmaczne.:)
Ja mam małego pigwowca. Owoce ma małe, straszliwie twarde i kwaśne, ale pigwówka jest z tego pyszna. No i można je ugotować w syropie, w plasterkach, zamiast cytryny, albo dodać do przetworów z innych owoców.
PolubieniePolubienie
Jejku! Ja miałem chyba jakąś pomroczność jasną pisząc tę notkę – no przecież tam żadnych pigw nie było! Pigwy znam i lubię w kompocie na przykład! A tam były FIGOWCE i jadłem FIGI – takie miękkie, słodziutkie, z pesteczkami! Już poprawiam w tekście – gdyby nie Twój Grażyno komentaż, to bym nie zauważył błędu 🙂
PolubieniePolubienie
Figi to oni mają pyszne!:))) Kiedyś byliśmy w tamtych okolicach (jeszcze za czasów Jugosławii), to pierwszy raz jadłam świeże figi, bo u nas to tylko suszone były.
PolubieniePolubienie